wtorek, 24 czerwca 2014

Wątpliwy bilans energetyczny.

Człowiek jako maszyna to podejście nader często modnie praktykowane na naszym łez padole. Założenie, że trawimy swoje życie wysterowani zasadami skupionymi wokół jednej płaszczyzny ekonomiczno-bytowej, pozostaje nadal wspaniale aktualne. Funkcjonujemy, jak roboty i wszyscy zdają się dopingować nas w tej misji cybernetyzacji kierunków myślenia, bawienia się granicami zachowań multitask.
Niestety nie jesteśmy ani tak dokładni, ani tak skupieni na jednym zadaniu, nie mówiąc o ograniczonej pojemności pamięci chwilowej.
Kiedy popadamy w dniu danym, nie daj Boże w tygodniu całym na zapaść na sprawności procesowej, zwalamy to na pogodę, na szefa, na przeciągające się negocjacje, czy też na nie spełnione pragnienia awansu społecznego.
To błąd.
Człowiek funkcjonuje wybitnie energetycznie - pobiera oddaje nieliniowo, nieregularnie.
Na prostym przykładzie należy przyjąć, że miłość to skok na sinusoidzie życia emocjonalnego w górę, a potem w dół z racji napięcia, łechczącego, ale zawsze ciut obciążającego, a potem in plus w erupcji masy uczuć, wyrazów i czynów.
Sztuką nie jest sukces bycia liderem, sztuka trwania to recyrkulacja energii w sobie, tak by nie bać się zapaści, by wiedzieć gdzie jest światełko - świadomość, że obciążenie trzeba adekwatnie do proporcji 1:1 zniwelować pozytywnym działaniem. Takie dywagacje stanowią drobne uproszczenie by oddać ideę postulowanej tutaj formuły życia. Stąd nie zawsze zadziała to na zasadzie, dałam jemu kosza ze łzami w oczach, to teraz skopię ogródek i zasadzę lilijki aby stworzyć sobie miły i piękny widoczek dla odreagowania. Jasne, że to było śmieszne porównanie, ale bardziej chodzi nam o zbliżony walor emocjonalny podjętej kontrakcji.
Moment.
Ale to też sterowanie ludzkim robotem, czarne białe, ying-yang.
Fakt.
Balansować sobie w sposób nieświadomy własne poczyniania tak, by umysł nie alokował danej kontrakcji jako sztucznie wygenerowanej jest wielce trudno. Oczekiwać, że wpasowanie przyjętej akcji w otoczenie, w odpowiednim momencie przyniesie "nie planowaną" ulgę z zewnątrz obarczone jest dużym stopniem ryzyka, czy naiwności.
Co pozostaje?

Rozłożenie "flow" w czasie.
Kiedy dramatyczny układ dwojga doprowadzi Cię na granicę wskazówki możesz zejść na poszukiwanie życia oscylującego na niewielkich skokach aby wytłumić "system". Bardzo silna amplituda przez miesiąc, da energetycznie konieczność niskiej niemal stałej linii spokoju przez rok. Żyjemy w wymiarze czasu vs ładunek energetyczny i to też trzeba przeliczyć by zrozumieć czemu nagle nasz wspaniały organizm się zbuntował.

Bierzmy pod uwagę fakt, że wszechświat, nasz świat rozwija się nie liniowo, a spiralnie, czyli pędzi po pętli, pętlach, tworząc odgałęzienia i coraz mniejsze spirale, wiry. Matematycznie nasze życie w tych schemacie nie znajduje mądrego programu do wyliczenia jego trajektorii.

Popatrz na drzewo, jak jego skraje graniczne - korona (plus) / korzenie (minus) - rozgałęzia się coraz drobniej, gęściej, aż do styku z przestrzenią (często oddając zastanawiająca symetrię - balans!). Patrząc na odwrót drzewo wbija się w ten sposób w teoretycznie puste pole swoimi listeczkami. Jego częsta regularność kształtu wynika z trybu życia jaki prowadzi- jedno miejsce, podobne amplitudy w skali dziesiątek, a nie kilku lat.
Idę o zakład, że gdyby narzucić nasz tryb życia, to finalna struktura miłego krzaczka po kilku latach skłaniała by przechodniów do uciekania w popłochu przed wyłaniającą się mocno nieregularną kreaturą.

Naszą psychikę wystawiamy wielokroć na ciągłe zmiany, fundowane jej przez raporty z otoczenia sporządzane naszymi zmysłami. Oczekujemy, że zawsze bez opóźnień będzie się adaptować, a niestety, co widać po zdarzeniach traumatycznych często zajmuje jej to miesiące - może jest to mechanizm neutralizacji, który ma nas ratować przed odlotem w niebyt od nagłego uderzenia i stąd reakcja układu duszy ma tak stopniowy przyrost impulsu, poczynając od początkowego otumanienia (full pause action)- od momentu zdania sobie sprawy z faktu... odejścia kogoś nam tak bliskiego.

Szaleństwo prawdziwej miłości przeżywanej i ciałem i duchem nosi wszelkie znamiona świata fraktalnego. Gdzie ideały, odczucia torują masę nowych wirów, w jednych ginąc, a w innych rozbudowując się stale, modelując.

Jestem przekonany, że naszą psychikę blokują - przez nasze notoryczne jej nie zgłębianie i leczenie jej naturalnych objawów - reguły fizyczne, wymiary świata, w którym żyjemy. Zatem ona nie do końca należy do tego li tylko tego wymiaru. Po pierwsze świat ten, a mocno nasz organizm działa na zasadzie optymalizacji zużywanej energii, zawsze dążąc do potrzebnego minimum (przecież nie wali Ci serce gdy nie biegasz). Dodatkowo wydarzenia wokół nas nie mają czytelnej szeregowej - przyczynowo > skutkowej - charakterystyki (jak usilnie mami się tym nas w filmach), a równoległą w czasie, łapiącą się na jednej platformie, acz często z różnych zakresów tematycznych. Dodatkowo każdy temat rozwija się - jak zaznaczyłem uprzednio - w manierze spiralnej, rozgałęzionej, co znacznie pogłębia problematykę śledzenia skutku/patternu rozwijania się danej akcji.

Najprościej zwizualizować to na przykładzie starego materaca ze spiralnymi sprężynami, gdzie niektóre z nich zdeformowały się, połamały i zapadły (przyjmijmy, że to energia ujemna, wciągająca, zasysająca, negatywna), inne zaś wyskakują z przetartego materiału tej niepłaskiej powierzchni, oddając tym samym dodatnią energię do przestrzeni. Gorzej, że druty > stelaż, który spaja całe to towarzystwo tu i tam został już mocno nadwyrężony i przejawia mocno nieregularne zachowania zależnie od tego gdzie go naciśniemy. Oto idylliczne ujęcie naszej matrycy życia fizycznego, w którą wmiksowana jest psychika, napotykająca czasem równolegle na swojej drodze dziesięć różnie zapadniętych sprężyn i dwie wystrzelone w górę. Nie dość, że musi je przełożyć sobie racjonalnie w czterech wymiarach, zsynchronizować, zaadoptować by walec czasu, przepraszam materac, efektywnie zrolować dalej, to wymagamy od niej aby była wiecznie brave, heroic itp. banały z amerykańskiego podręcznika dla fanów budowania potęgo swojego mega-ego.

Żeby zarządzać energią duszy, aby szła po linie nie lecąc na złamanie karku, musimy patrzeć na wiry sytuacyjne, które nas wciągają i/lub wypuszczą na dzień, czy bezkresną noc i zależnie od tego poszukiwać pozytywnie zakręconych spirali zdarzeń, ludzi, przedmiotów, słowem doznań dla zmysłów, które pozwolą naszemu duchowi balansować, bez przeciągania nadmiernego, zbyt długiego w jedną lub drugą stronę.

Pamiętajmy, że jako silnie złożony układ dążymy do balansu, który nigdy nie zaistnieje nawet na chwilę. Zatem plusy muszą równoważyć się z minusami, w odpowiednich okresach czasu. Rozumiemy się? To powodzenia ;)